Lekcja z 2012 roku: O płynności, która zniknęła w piątek wieczorem
Pamiętam sytuację mojego wieloletniego znajomego, przedsiębiorcy z branży budowlanej, który w 2012 roku popełnił klasyczny błąd braku dywersyfikacji terminów zapadalności. Miał on zgromadzone znaczne środki na jedną, dużą operację zakupu gruntów. Skuszony ofertą promocyjną, „zamroził” niemal 90% wolnej gotówki na 12-miesięcznej lokacie terminowej bez możliwości częściowej wypłaty kapitału.
— „Marek, przecież to tylko rok, a różnica w oprocentowaniu pokryje mi paliwo na cały sezon” — mówił mi wtedy z pełnym przekonaniem. Problem pojawił się niespodziewanie w listopadzie, kiedy trafiła się okazja odkupienia maszyn od likwidowanej firmy transportowej. Cena była dumpingowa, ale płatność musiała nastąpić w ciągu 48 godzin.
Mój znajomy poszedł do banku i usłyszał to, co każdy z nas powinien wiedzieć przed podpisaniem umowy: zerwanie lokaty oznacza utratę 100% wypracowanych odsetek. W jego przypadku była to kwota rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Stał przed dylematem: stracić realne pieniądze z odsetek, by zyskać na maszynach, czy odpuścić okazję. Wybrał zerwanie lokaty, ale ta historia nauczyła go, że płynność to nie tylko dostęp do pieniędzy, ale koszt tego dostępu.
Od tamtej pory zawsze powtarzam: nie buduj jednej wielkiej wieży z kapitału. Lepiej stworzyć tak zwaną „drabinę lokat”. Zamiast jednej lokaty na 100 tysięcy złotych, lepiej założyć cztery po 25 tysięcy z różnymi terminami zakończenia. Dzięki temu, w razie nagłej potrzeby, tracimy odsetki tylko od części kapitału, a nie od całości. To prosta inżynieria finansowa, o której banki rzadko wspominają w kolorowych ulotkach.