Lekcja cierpliwości: Historia z warszawskiego parkietu
Pamiętam rozmowę z moim dawnym znajomym, Markiem, który zaczął inwestować na GPW jeszcze w połowie lat 90. W 2008 roku, kiedy rynki finansowe na całym świecie krwawiły, Marek siedział spokojnie w swojej małej pracowni w Łodzi. „— Widzisz te czerwone słupki na ekranie?” — zapytał mnie wtedy, wskazując na drastyczne spadki cen akcji dużych banków i firm energetycznych. „— Dla większości to tragedia, dla mnie to tylko szum. Moje spółki wciąż produkują prąd, sprzedają ubezpieczenia i budują drogi. A co najważniejsze, w maju na moje konto wpłyną dywidendy, które pokryją moje koszty życia na kolejne pół roku”.
Marek nie był spekulantem. Nie szukał kolejnego „jednorożca” technologicznego, który obiecywał podwojenie kapitału w tydzień. Jego strategia opierała się na prostym mechanizmie: kupowaniu udziałów w rentownych przedsiębiorstwach, które mają nadwyżki gotówkowe. „— Inwestowanie to nie jest walka z wykresem,” — powtarzał często. „— To partnerstwo z biznesem. Jeśli firma zarabia i szanuje akcjonariuszy, to ja chcę być jej częścią przez dekady”.
Opowiadał mi o jednej ze spółek z sektora przemysłowego, którą trzymał w portfelu od ponad 12 lat. Przez ten czas cena samej akcji wzrosła o około 40%, co na pierwszy ryk oka nie wydawało się spektakularnym wynikiem. Jednak, gdy podliczyliśmy sumę wszystkich wypłaconych dywidend, okazało się, że kapitał początkowy zwrócił się Markowi dwukrotnie tylko z samych wypłat gotówkowych. To właśnie jest potęga procentu składanego w wydaniu dywidendowym — reinwestowanie otrzymanych środków w kolejne akcje, co z roku na rok zwiększa strumień pasywnego dochodu.
„— Kluczem jest zrozumienie, że akcja to nie jest los na loterii,” — mówił Marek, popijając herbatę. „— To akt własności. Jeśli kupujesz mieszkanie na wynajem, nie sprawdzasz jego ceny rynkowej codziennie w gazecie. Cieszysz się z czynszu. Z akcjami dywidendowymi jest dokładnie tak samo. Kurs może spaść o 20%, ale jeśli fundamenty spółki są zdrowe, dywidenda zostanie wypłacona, a Ty kupisz za nią więcej akcji po niższej cenie”. Ta lekcja z 2008 roku do dziś pozostaje dla mnie najbardziej trafnym opisem konserwatywnego inwestowania.